Szukaj Pokaż menu

Ból rodzenia dzieci? Jest gorsza rzecz i znajdziemy na to dowód

93 598  
619   24  
Kosiłem dzisiaj trawnik, a że nieco się zmęczyłem, usiadłem sobie później w cieniu i napiłem się zimnego piwka. Dzień był zaiste piękny, a alkohol sprawił, że w mojej głowie zaczęły się pojawiać głębokie przemyślenia na różne tematy. W końcu zacząłem się zastanawiać nad odwiecznym dylematem: czy poród boli bardziej niż kopnięcie w jaja?

Wspaniałe poczucie humoru ludzi, którzy nie posiadają którejś z kończyn

55 460  
302   11  
Utrata kończyny w wypadku, z powodu amputacji spowodowanej chorobą czy też po prostu jako efekt wady wrodzonej, sprawia wiele trudności w codziennym życiu. Są jednak ludzie obdarzeni wielką odwagą i niezwykłym poczuciem humoru, którzy potrafią sobie z tym świetnie poradzić.

#1. Atak rekina

Najdłuższy na świecie przepis na zrobienie doskonałych knedli

57 093  
217   38  
Ale będzie to też przepis, który czyta się lepiej niż jakikolwiek z prawdziwej książki kucharskiej.

i10 pisze: Gdy po zakończeniu drugiej wojny światowej na Ziemie Odzyskane zaczęli przybywać osiedleńcy - byli wśród nich moi dziadkowie. Mając do wyboru dowolne miejsce, w którym mogli zamieszkać, jak na przykład Wrocław, Opole, Szczecin, Międzyzdroje czy Gdańsk* - wybrali najmniejszą dziurę gdzieś w połowie drogi do wszystkich wyżej wymienionych.
Dzięki temu mieli wszędzie daleko.

Dziura składała się z ośmiu gospodarstw na krzyż i krzyża na środku dziury. Nosiła nazwę Hitleralgemajnecajtung, czy jakoś równie idiotyczne, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobili moi dziadkowie była zmiana nazwy dziury. Dziadek Lutek podłożył więc bombę pod tablicę z nazwą dziury i rozpalił na niej ognisko. Dzięki temu tablica zniknęła, a wraz z nią pięć z ośmiu gospodarstw. Jedno z pozostałych zajęli dziadkowie, a dwa kolejne znajomi, po których, jak mi się wydaje, dziadek zadzwonił.

Chociaż może nie dzwonił, może przyszli tam razem z nim, nie jestem pewien tej części rodzinnej legendy. W każdym razie były trzy gospodarstwa i cztery rodziny przybyłe z podkieleckiej miejscowości, którą Niemcy zrandomizowali z pejzażem jednym celnym trafieniem sporej bomby. Po powrocie z wojny dziadek ze znajomymi chwilę postali nad kraterem, po czym pomyśleli "a chrzanić to" i pojechali szukać szczęścia pod Pyrzycami. O, tak było, nikt po nikogo nie dzwonił.

Po wysadzeniu oryginalnej faszystowskiej tablicy dziadek wziął deskę i przy pomocy sera zmieszanego z mlekiem** napisał na niej nową nazwę miejscowości. Nowy Jork.

Niestety kilka miesięcy później władze Polski Ludowej, nie znajdując uznania dla pomysłu ojca mojej mamy, nadały dziurze inną, całkowicie głupią i niepasującą nazwę i to jest powód, dla którego Nowy Jork nie leży w okolicach Pyrzyc, oraz powód, dla którego dziura nie rozwinęła się w wieś, następnie w miasteczko, później w miasto, by na koniec stać się centrum czegoś tam.
Z nazwą, jaką nadały władze, po prostu nie mogła.

Ale w momencie, o którym opowiadam, na desce było napisane Nowy Jork.

Ponieważ Niemcy opuszczający dziurę złośliwie zaminowali wszystko, co było do zaminowania - następnym krokiem było pozbycie się materiałów wybuchowych z domów, szop, stodół, piwnic, obejść. Jednak bomby zamontowanej w koniu nie udało się obejść, przez co gdy jeden ze znajomych dziadka po gospodarsku poklepał zwierzaka - zwierzak wybuchł i liczba rodzin zaczęła się zgadzać z liczbą gospodarstw.

A obok miejscowości powstał z konieczności symboliczny (i nowojorski) cmentarz. Cmentarz ten był naprawdę symboliczny, na co mogą wskazywać tradycyjne, funkcjonujące do dzisiaj nazwy pobliskich dziurze terenów. W Nodze Stasia jako dzieciak chodziłem na szaber na porzeczki, nad Nerkowym Stawem spędziłem wiele godzin usiłując złapać jedyną zamieszkującą ten zbiornik rybę, zaś Dąb Na Którym Wisiały Flaki był moim ulubionym miejscem wspinaczek i budowania domków, dopóki w latach osiemdziesiątych wojewódzki konserwator przyrody nie stwierdził, że drzewo ma milion lat, zostało zasadzone przez jakiegoś Ottona, należy je ogrodzić i zabetonować, po czym historyczne z wielu powodów drzewo uschło.

Zjadłszy to, co zostało z wybuchniętego konia (po oddzieleniu od tego, co zostało z wybuchniętego Stasia) nowojorczycy zaczęli się zastanawiać co dalej. Była jesień, spichlerze były puste oprócz tych, które były wypełnione minami, a przecież min nie da się jeść.

I gdy w losowaniu babcia wyciągnęła najkrótszą zapałkę, oznaczającą konieczność stania się dla nowojorczyków najbliższym posiłkiem, dziadek wyciągnął rękę i powiedział:

- A może byśmy spróbowali zjeść tamto o?!

Gdyby tego nie zrobił - moja mama nie miałaby szans się narodzić, co byłoby dla mnie bardzo przygnębiające.

Prunus domestica, na którą wskazał dziadek Lutek obwieszona była granatowymi owocami. Jak mówi historia rodzinna - sąsiad odłożył siekierę, podszedł do drzewa, odgonił pasącą się pod nim krowę, zerwał jeden owoc, wsadził do ust, pożuł i powiedział, że jeśli o niego chodzi, to szału nie ma, wolałby zjeść babcię.

Ale już pozostała piątka odkładając chleb, który mieli przygotowany do przegryzania pieczeni, podchodziła do śliwy i kosztowała jej owoców.

Wynik głosowania wynosił najpierw trzy do trzech, ale po awanturze dziadek zmienił swój głos.

I przez całą jesień i zimę nowojorczycy żywili się śliwkami, bo drzewo, które wskazał dziadek Lutek było jednym z dwudziestohektarowego śliwowego sadu.

A na wiosnę władze ludowe zmieniły nazwę dziury i otworzyły w pobliskiej wsi sklep Społem, dzięki czemu problem głodu znikł.

Jednak jesień i zima spędzone w towarzystwie osiemdziesięciu sześciu ton śliwek odcisnęły piętno na małej nowojorskiej społeczności. Pierwszy przepis wymyśliła po miesiącu moja babcia, dając dowód, że czasem nie warto kogoś zjadać.

Wymyśliła "śliwki bez pestek".

Przyjęło się.

Później przez jakiś czas kombinowano z potrawami o nazwach "dwie śliwki bez pestek", "trzy śliwki bez pestek", oraz różnych kombinacjach "połówka z jednej śliwki i połówka z innej".

A gdy nadeszła wiosna - zeszyciki wszystkich trzech gospodyń zapisane były przepisami na spożywcze wykorzystanie owoców prunus domestica.

Niektóre, jak "śliwka z piachem" się nie przyjęły, ale inne trafiały w gust gości w sposób piorunujący - goście ci nieśli dalej sławę "dziury, w której jak zrobią śliwki, to nie ma zmiłuj".


Przepisy te babcia przekazała swoim córkom. Wśród nich mojej mamie, która podczas naszej ostatniej wizyty w Szczecinie powiedziała: - Najmilsza, nauczę cię robić knedle.
I jak powiedziała, tak zrobiła. Wiele godzin nauki nie poszło na marne - ponieważ siłą rzeczy przyglądałem się temu wszystkiemu - mogę teraz przepis na Boskie Knedle przekazać Czytelnikom bloga.

JAK ZROBIĆ BOSKIE KNEDLE


Knedle można przygotować w dowolnym miejscu - my zrobiliśmy to dzisiaj na działce - stąd część przepisu można zmienić, sami zobaczycie. Ja jednak przestrzegam przed nieostrożnymi modyfikacjami - mogą one spowodować szkody, których nie da się odwrócić!
Najpierw zatem ostrzeżenie - jesteśmy w Unii i ten tekst może przeczytać jakiś obcokrajowiec: Przygotowując knedle zawsze pamiętaj o bezpieczeństwie swoim i osób będących w pobliżu! Jeśli podrzucić garść mąki i podpalić - wybuchnie**! To tyle ostrzeżeń (i ciekawostek).

Zacznijmy od składników:



Pół kilo ziemniaków - normalnych ziemniaków, nie ma co się nad nimi rozpisywać

Trochę mąki - nie potrafię dokładnie powiedzieć ile. W przepisie jest "trochę mniej mąki niż ziemniaków" i chodzi o objętość, nie o wagę. Powiedzmy... 333 gramy?

Dwa jajka - kurze.

No i śliwki. Najlepsze by były małe, wielkości złotówki, jednak pod Sieradzem o takich nie słyszeli - mają tylko wielkie jak pięć dych. Takie należy przekroić na pół (zresztą te małe też trzeba przekroić na pół - chyba że chce się zrobić Boskie Knedle z Pestką Niespodzianką), ale później do knedla i tak trafią dwie połówki, a w naszym przypadku jedna... ale nie uprzedzajmy wypadków.

Oraz dodatkowo:

Śmietana - dwunastka.
Piwo - jakie kto lubi, byle w szklanej butelce.

KROK PIERWSZY

Ziemniaki obieramy.

Śliwki myjemy i przecinamy na pół - wyciągamy pestki i zbieramy je do woreczka.

Otwieramy piwo i patrzymy, czy dobre.

Z jajkami, mąką i śmietaną na razie nie robimy nic.




Następnie gotujemy ziemniaki.
W wodzie.
Aż się ugotują.

Hmmm...
dwadzieścia minut gotujemy ziemniaki.
Aż się ugotują.

Wyciągamy ugotowane ziemniaki i tu następuje

DRUGI (BARDZO WAŻNY) KROK.

Wszystkie kroki są bardzo ważne. Przy tym jest informacja, że jest bardzo ważny, ale pominięcie któregokolwiek z nich spowoduje, że danie nie tylko nie wyjdzie - ale może wybuchnąć, albo być trujące!

Zatem drugi krok polega na zmiażdżeniu ziemniaków.

Źle zmiażdżone ziemniaki spowodują, że będziemy mieli kopytka, a nie knedle, a brak zmiażdżenia sprawi, że potrawa nie będzie się lepić, a powinna. Ale nie uprzedzajmy - na razie jesteśmy przy miażdżeniu ziemniaków.

Tradycyjnym - stosowanym przez moją mamę i babcię - sposobem było używanie widelca.


Widelec i ziemniak. Widelec z lewej.      





W tym (bardzo ważnym) kroku panuje jednak pewna dowolność w wyborze narzędzi.

Można użyć tego:



Lub tego:




W ostateczności tego:

 


...albo miksera.

Prawdziwy wielbiciel knedli powinien jednak zaopatrzyć się w narzędzie, które kosztuje dychę u Ruskich, a kartofle miażdży lepiej od wszystkich powyższych.
Wygląda tak:




i działa w ten sposób:




KROK TRZECI

Ziemniaki mamy zmiażdżone, żadnych grudek, dosypujemy do nich mąkę i do całości dodajemy jajka.

Bez skorupek.



Całość mieszamy.

Tu uwaga: przed rozpoczęciem mieszania należy albo umyć ręce - albo zatrudnić do tego zadania kobietę (która umyła ręce). Ja wybrałem to drugie rozwiązanie. W razie oporów można posłużyć się argumentem, że kobiece ręce lepiej mieszają ciasto niż męskie, bo cośtam.



KROK CZWARTY

Zmieszane w jednolitą (i dość niesmaczną) masę ciasto wywalamy (kobieta wywala) na stolnicę. Jeśli ktoś ma stolnicę.

Ponieważ nikt normalny nie ma jej na działce, my też nie - w roli stolnicy może wystąpić stół. Należy go wcześniej umyć i zdjąć z niego drobne przedmioty, fajki, długopisy, telefony, buty i takie tam.

Przed położeniem ciasta na stolnicy (lub stole) należy ją (go) posypać mąką, żeby się to wszystko w cholerę nie przykleiło.

Na rozsypanej mące można pisać. A jeśli wziąć garść, podrzucić i zapalić zapalniczkę...



Jak widać nie założyłem worka :/
UWAGA - OSTRZEŻENIE:
JEŻELI PODCZAS ROBIENIA KNEDLI ZECHCESZ ROBIĆ IM ZDJĘCIA I Z TEGO POWODU BĘDZIESZ WSZYSTKO ROBIĆ NA DWORZE - POWIEW WIATRU MOŻE UPIERDZIELIĆ CI MĄKĄ UBRANIE - Z TEGO POWODU WARTO ZAŁOŻYĆ NA SIEBIE JAKIŚ WIELKI PLASTIKOWY WOREK!


KROK PIĄTY

Ciasto należy rozwałkować.

I tu pojawia się... piwo (które wypiliśmy patrząc na gotujące się ziemniaki).

Jeśli przyjrzeć się poniższemu zdjęciu - widać co posłużyło jako wałek.




... a jeśli komuś się nie chce przyglądać:




KROK SZÓSTY

Znanym i popularnym sposobem jest wycinanie z rozwałkowanego ciasta kółek przy pomocy kubka...

Kółko wycięte za pomocą "Kubka Nie Rzucającego Cienia"

...jednak jest to sposób na robienie pierogów, a my robimy knedle.
Rozwałkowane ciasto tniemy więc zwykłym nożem o tak:



...tylko trochę prościej.

KROK SZÓSTY

Ciasto rozwałkowane i pokrojone - pozostaje owijać nim śliwki.

I teraz, ponieważ kupiłem ZA DUŻE śliwki - przekrojenie ich na pół było niewystarczające. Te połówki podzieliliśmy na ćwiartki i dopiero wtedy pojedynczy knedel nie miał wielkości piłki do siatkówki. Jednak nastąpiła utrata odpowiedniego kształtu. Knedel powinien być w miarę okrągły, nasze były w miarę nieokrągłe. Co W ŻADEN SPOSÓB nie wpływa na smak! Kupując śliwki warto pamiętać, żeby były małe. Wzór jest prosty:

Małe, okrągłe śliwki = małe, okrągłe knedle.


Zaś jeśli chodzi o zawijanie - ważne, żeby w cieście nie zostawały dziury, przez które widać śliwkę



I to w zasadzie byłoby tyle. Ulepione knedle wrzucamy do wrzącej wody. Trzymamy je tam aż wypłyną, a nie - jak twierdziłem - piętnaście minut. Jeśli będziemy je trzymać piętnaście minut - w efekcie otrzymamy zupę śliwkową, czy danie numer osiemset sześć z zeszyciku mojej babci.

Danie, które jest jadalne, owszem, ale kompletnie nie nadawało się do sfotografowania, więc zamiast niego wrzucę placek mojej mamy.

Ze śliwkami.



Jeśli knedle wyjmiemy o czasie, a nie jak idioci, gdy się rozgotują - należy je polać śmietaną i posypać cukrem, cynamonem, wanilią, wiórkami kokosowymi, czekoladą, olejem silnikowym, czy czym kto lubi.

Smacznego!

Aha! Co do pestek: Te pestki, które zbieraliśmy do woreczka bierzemy i idziemy z nimi gdzieś w pobliżu domu zasadzić drzewa. Za dwadzieścia lat będą jak znalazł.
217
Udostępnij na Facebooku
Następny
Przejdź do artykułu Wspaniałe poczucie humoru ludzi, którzy nie posiadają którejś z kończyn
Podobne artykuły
Przejdź do artykułu Czego nigdy, przenigdy nie powinniśmy googlować
Przejdź do artykułu 8 tragicznych zmian, które przewidział Aldous Huxley
Przejdź do artykułu Twoja własna limitowana szklanka do piwa
Przejdź do artykułu Historia utalentowanego programisty
Przejdź do artykułu 7 ciekawostek na temat lądowania na Księżycu
Przejdź do artykułu Prawdziwa wersja bajki o księciu i księżniczce
Przejdź do artykułu Łączenie drewna bez użycia gwoździ - hobby na długie zimowe wieczory
Przejdź do artykułu 20 gwiazd, które występowały w Simpsonach
Przejdź do artykułu Czego nie wiesz o "Hobbicie" Tolkiena?

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą