Szukaj Pokaż menu

Dziwne i jeszcze dziwniejsze samochody IX

22 555  
66   8  
Że też nie wstydzą się czymś takim jeździć.

Azjatki, które mają w sobie to coś LV

90 894  
486   27  
Dziś będzie trochę bardziej egzotycznie...

Zrozumieć filozofa, czyli tęgie łby nieco przystępniej: Helwecjusz

8 631  
27   6  
Co czyni nas takim człowiekiem, jakim jesteśmy? Wychowanie - to rzecz pewna, tak samo jak to, że samo wychowanie jest niewystarczające, by uformować kogokolwiek w sposób zupełny. Zatem: co jeszcze przyczyniło się do tego, że jesteśmy kim jesteśmy?


Odpowiedź może być tylko jedna: wszystko. Począwszy od genów, wychowania, rodzaju jedzenia, klimatu, w którym dorastamy; przez otaczającą nas rzeczywistość przedmiotów, ludzi i zwierząt, różnorodność doświadczeń; kończąc na predyspozycjach psychologicznych, ciągle się zmieniających, przy najmniejszym nawet wpływie ze świata zewnętrznego. Ba, już sama jedna lektura, bądź małe, ale doniosłe wydarzenie, potrafi nas zmienić w krótkim czasie.

A najciekawsze jest to, że jakkolwiek zmieniamy się, to jednak często obstajemy przy wcześniejszych poglądach, bo ta nasza zmiana ewoluuje tak, by jednak nie naruszyć podstawowych zapatrywań, w których wyrośliśmy, bo przecież w innym wypadku musielibyśmy przyznać się do błędu wcześniejszego, na co duma nie za bardzo przystaje… A przecież stara zasada poczciwego Churchilla brzmi: Mądry człowiek zmienia zdanie i wtedy nigdy nie będzie głupi.

Lecz moja podróż trwa, więc wróćmy szybko do momentu, kiedy spotkałem Adriena Helvetiusa*, który to wyciągnął do mnie pomocną dłoń, gdym spał sobie smacznie na podłodze w gospodzie…

Ja: Co się dzieje? - zapytałem jeszcze zaspany.
Helwecjusz: - Widząc taką żałosną powsinogę jak pan, żal mi się zrobiło i uznałem, że warto pana zbudzić i podwieźć kawałek, coby spełnić jakiś dobry uczynek… Chętnyś, Łazęgo?
J: No pewnie!
H: No to chodźmy do karocy…

J: Widzę w panu wrodzone poczucie sympatii dla ludzi w potrzebie - zdobyłem się na komplement po zajęciu miejsca w pozłacanym powozie. [Francuz słynął z wystawnego życia, choć robił to na tyle ze smakiem, że raczej wybaczano mu pewne nieskromności prowadzenia się - przyp. aut.]

H: Ech, brednie - machnął nonszalancko dłonią. - Nie ma czegoś takiego jak wrodzona sympatia do innych czy wrodzony zmysł moralności. Wszystkie własności ludzi są nabyte, proszę pana, a przez to są zależne od otoczenia, wychowania i warunków życia. - Przerwał na chwilę, by dodać zaraz: - Wszystko aż do miłości samego siebie jest nabyte. Uczymy się kochać samego siebie w taki sam sposób jak inną osobę.

J: Czyli człowiek nie przychodzi na świat z jakąś pierwotną naturą? - zdumiałem się.

H: Nie ma czegoś takiego. To, co tak nazywamy, to tylko najwcześniejsze doświadczenia. A przez to, że ludzie żyją w podobnych warunkach i że naśladują jedni drugich, powstaje złudzenie, iż mają właściwości stałe, pierwotne, niezależne od otoczenia i warunków życia, co przecież jest błędem rozumowania, jasnym i wyraźnym.

J: No dobra, ale w takim razie rozdzielenie naszych poczynań na dobre i złe nie miałoby sensu, bo przecież zależałoby to tylko wyłącznie od tego, jak zostaliśmy wychowani, a nie od uniwersalnych praw moralnych. - Nie mogłem pojąć jego wywodów.

H: Jedno nie przeszkadza drugiemu, szanowny panie. Ludzie dobrzy tym różnią się od ludzi złych, że ci pierwsi służąc swemu interesowi, jednocześnie służą interesom innych, natomiast zła persona to taka, która zmierzając do własnego interesu, szkodzi innym lub pomija innych, ot co.

J: Czyli nie każde dobro jest dobrem? - zaciekawiłem się.

H: Zgadza się, bo nie wszystko jest cnotą, co za nią uchodzi, a obok rzeczywistych są też pozorne, np. co wynika z ascezy jakiegoś fakira? Zupełnie nic. To tylko egoistyczne podejście, które z prawdziwym dobrem czy cnotą nie ma nic wspólnego.

J: A co jeśli ów fakir miał popędy ku jakimś seksualnym wynaturzeniom? - nie mogłem odpuścić.

H: Wtedy wszystko się zmienia - ucieszył się na mój komentarz. - Bowiem kto nie ma żadnych popędów, ten wprawdzie nie jest zdolny do zła, ale nie jest zdolny i do dobra. To właśnie w popędach ludzkich tkwi źródło najśmielszych poczynań ludzkich. Gdyby nie one, człowiek nie stawiłby czoła niebezpieczeństwom, cierpieniom i śmierci. To właśnie one przeciwdziałają lenistwu i bezwładowi, ku którym człowiek przecież zawsze dąży. W takim wypadku asceza fakira byłaby uzasadniona i chwalebna, gdyby można z niej było wyciągnąć korzyść dla innych, np. poprzez zahamowanie swych popędów, które szkodzą ogółowi; jednak asceza dla samej ascezy to woda zmieszana z wodą.

J: Zostawmy jednak fakirów, niech sobie robią co chcą, nie nasza sprawa. Co się tyczy tych właściwości nabytych, jeśli to prawda, że tylko w taki sposób jesteśmy zdolni je przyswajać, co stoi na przeszkodzie, żeby człowiek nabywał wyłącznie właściwości dobre?

H: Hmmm… - zasępił się. - Przeszkód jest wiele, już samo wychowanie jest strefą podatną na wszelką domieszkę zła, czasem nawet wnika ono niepostrzeżenie, ze zwykłej niewiedzy. Druga sprawa, że wychowanie zależy od tego, w jakim ustroju państwowym ono się odbywa, a tu rzeczą najważniejszą jest z kolei prawodawstwo, jakie panuje w danym ustroju… - rozłożył ręce w geście bezradności. - Każdy, śmiem powiedzieć, ma za wychowawców także formę rządu, pod jaką żyje, przyjaciół swych i kochanki, ludzi, jacy go otaczają, książki, jakie czyta, a także i zwykły przypadek, czyli nieskończoność wydarzeń, których związki i przyczyny ukryte są przed naszą ignorancją...

J: Czyli jesteśmy dobrzy lub źli na tyle, na ile pozwala obowiązujące prawo?

H: Szanowny panie, trudno mieć ludziom za złe hipokryzję, jeśli prawa do niej skłaniają. Przy naprawdę dobrym prawodawstwie, wysoko nagradzającym korzyść ogółu i surowo karzącym jego szkodę, byłoby szaleństwem żyć inaczej niż cnotliwie, ale to utopia, niestety. - Wzruszył ramionami. - Wszyscy chcą własnej korzyści, tego zmienić nie można, ale też nie potrzeba zmieniać, bo jest to podstawa wystarczająca dla etyki.

J: Już się pogubiłem… Egoizm jest w takim razie dobry czy zły?

H: Heh - zmierzył mnie surowo wzrokiem - z egoizmu może wypływać zarówno dobre postępowanie, jak i złe. Chodzi o to, by wypłynęło dobre, a leży to w rękach polityków, czyli prawodawców. - W tym miejscu wybuchnąłem śmiechem, ale filozof nie przerywał swego wywodu: - Nie należy czekać, aż ludzie sami staną się dobrzy, należy ich do tego wszelkimi sposobami nakłaniać. Równocześnie nie należy ukrywać przed ludźmi, jakie pobudki nimi rządzą lub próbować hamować ich popędy siłą, bowiem lepszy szczery hedonizm i egoizm niż zakłamany idealizm.

J: Już samo to brzmi jak idealizm - zauważyłem nieuprzejmie.

H: Być może, ale tylko w sposobie wprowadzania zasad, lecz nie co do samego systemu założeń, a to różnica znaczna, panie Włóczykiju. - Uśmiechnął się życzliwie. [Za swą życzliwość, dobroczynność i ludzkie podejście do przeróżnych tematów Adrien był wielbiony, mimo że nie obca mu była korupcja czy wspomniane wcześniej rozpasanie - przyp. aut.] - Jest tylko jedna pobudka w człowieku: jego własny interes; oraz jeden cel etyczny: interes ogółu, a pobudkę tę można z tym celem zsynchronizować…

J: Tak, ale… - nie dokończyłem, bowiem obrazy zza okien karocy wydały mi się nagle bardzo odbiegające od spodziewanych. - Cóż to za miejsce? Gdzie przybyliśmy?

H: Prusy, a dokładnie Królewiec [Adrien faktycznie odwiedził Prusy, lecz nie wschodnie, gdzie leżał Królewiec, tylko Berlin, a dokładnie bawił na dworze Fryderyka II - przyp. aut.] - wyjaśnił myśliciel. - Uznałem, że setnie będzie się pan tu bawił. - Mówiąc to otworzył drzwi i pożegnaliśmy się.

Królewiec? Królewiec! Miałem jechać do Paryża, do stolicy filozofii, a wylądowałem na jakimś zadupiu, kompletnie na peryferiach jakiejkolwiek wielkiej nauki. Tak to jest, gdy przyjmie się pomoc nim zapyta się, jak ona będzie wyglądać… Rozejrzałem się dokoła, ledwie kilka przygnębiających postaci. Aż tu nagle zza winkla budynku pojawia się postać spowita świetlistą aurą w towarzystwie innego jegomościa; postać ta nie szła, ale wręcz unosiła się ponad ziemię… To musiał być nie kto inny, ale sam Immanuel Kant!

*Claude Adrien Helvétius (1715-1771) - francuski filozof niemieckiego pochodzenia. Bardzo bogaty i wpływowy, dzięki wciągnięciu go na dwór francuski przez ojca. Przez wiele lat urzędowania na dworze dorobił się takiego bogactwa, że z czasem porzucił pracę (przyczyniła się do tego także jedna z jego publikacji), by żyć we własnym pałacu i oddawać się filozofii, działaniom społecznym i kobietom.

Źródła:


1. Tożsamość człowieka w filozofii społecznej Helwecjusza - Damian Laskowski, repozytorium Uniwersytetu Gdańskiego
2. Historia filozofii, Tom II - Władysław Tatarkiewicz, Wyd. PWN

W poprzednim odcinku: La Mettrie

27
Udostępnij na Facebooku
Następny
Przejdź do artykułu Azjatki, które mają w sobie to coś LV
Podobne artykuły
Przejdź do artykułu Nie spodobało jej się zdjęcie z policyjnej kartoteki, więc policjanci zrobili jej na FB niespodziankę
Przejdź do artykułu 5 szalonych teorii świata Harry'ego Pottera
Przejdź do artykułu Gdy dziewczyna proponuje przyjaźń...
Przejdź do artykułu O tym, jak Wojska Obrony Terytorialnej "pomagały" poszkodowanym przez nawałnicę w Rytlu
Przejdź do artykułu Kompilacja genialnych pomysłów VII
Przejdź do artykułu Zrozumieć filozofa, czyli tęgie łby nieco przystępniej: La Mettrie
Przejdź do artykułu Kilka pozornie prostych rzeczy, którymi mężczyzna zrobi wrażenie na kobiecie
Przejdź do artykułu Nigdy nie wierzcie w "fakty" przedstawione w amerykańskich filmach "historycznych"!
Przejdź do artykułu Zrozumieć filozofa, czyli tęgie łby nieco przystępniej: Leibniz

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą