Pewnego pogodnego dnia kiedy morze wygładziło się w końcu i słońce zaczęło przeglądać przez chmury, Prezydent doszedł do wniosku że musi nieco urozmaicić tę nudną podróż. Złapał szybko za interkom:
-Temu, kto pierwszy zauważy ląd, podaruję butelkę dwudziestoletniej whisky z moich osobistych zapasów! Radar się nie liczy! Lornetki dopuszczalne!

Nietrudno zgadnąć że po takim komunikacie wszyscy zdolni do ustania na nogach wgapiali się z nadzieją w horyzont. Minister Sprawiedliwości, cwaniak bez skrupułów jak to zwykle człowiek na tym stanowisku, kiedy był trzeźwy, mniej więcej co godzinę wydzierał się kozim głosem “Ziemia na horyzoncie, ląd widzę!”, w nadziei na uprzedzenie konkurentów do zdobycia nagrody. Kiedy był zalany, ryczał w nieregularnych interwałach, ale ciężko było dociec co mianowicie miał na myśli. Jednakoż wszyscy szybko połapali się w tym “sprytnym” planie i po kilku dniach nikt nie zwracał na jego wrzaski większej uwagi.

Ale pewnego dnia koło południa Prezydent dostał poufną wiadomość że “Radar coś widzi”. Czym prędzej porwał swoją lornetkę i wydostał się na główny pokład.
Wszyscy obecni na pokładzie opalali się leniwie w słońcu, które nareszcie pozbyło się stałej opończy chmur i przygrzewało jak w dniach sprzed potopu. Ocean był niemal gładki, nieliczne fale przetaczały się leniwie pod okrętem i uciążliwe kołysanie odeszło w niepamięć. Dygnitarze bez żenady pławili swój obwisły tłuszcz w promieniach słońca, pamiętając o zalecanej przez lekarza produkcji witaminy D w organizmach. Nikt nie zwracał większej uwagi na otoczenie, więc Prezydent mniej lub bardziej dyskretnie przeniknął na dziób, a za nim cicho przemknęła się ochrona.

Na przednim pokładzie Prezydent zastał jedynie Ministra Sprawiedliwości, który na tę chwilę wchodził w nieregularną fazię i zaczynał chwiać się na nogach, pociągając co chwilę z ukrytej w kieszeni marynarki piersiówki.
Na widok Prezydenta rozpromienił się i wyciągnął z drugiej kieszeni kieliszek.
-Sieeemanko, mo-ooo-rdo ty mo-moja, chlu-chlu-śniesz? Jest o-o-okazja! – uśmiech rozlał mu się po twarzy
-A ty co, zachlany tłusty ryju, tak się zwracasz do prezydenta?! Brudzia nie piliśmy! – spienił się Prezydent, a jego ochrona przysunęła o krok bliżej
-No-no to c-co? Pie-ękny dzie-eń ma-ma-mamy i zie-e-emię te-też już wida-dać – Minister Sprawiedliwości nie tracił rezonu
-Ziemię!? – Prezydent szybko przyłożył lornetkę do oczu. Rzeczywiście, na horyzoncie rysowało się sino pasmo niskich wzgórz, ledwo widocznych ponad wszechobecnym oceanem, lecz niewątpliwie stanowiących przyczółek wynurzającego się kontynentu.
-Nno to fla-cha mo-mo-ja, ko-ko-chanie-ńki – Minister czknął i chciał objąć Prezydenta
-Flacha twoja?! – zdenerwował się Prezydent rzucając okiem wokół. Nikogo nie zauważył.
-Jak ty byś mógł w tym pijanym widzie zauważyć ziemię?! – skinął na swoją ochronę
- Wlejcie w niego resztę wódy i połóżcie w leżaku – szepnął chrapliwie
Ochroniarze momentalnie obezwładnili Minstra i wydarli mu z kieszeni butelkę. Początkowo wzbraniał się pić w narzuconym odgórnie tempie, lecz po kilku perswazyjnych szturchańcach w nerki i żebra pogodził się z losem; ponoć lepszy rydz niż nic. W kilka minut zawartość flaszki przeniosła się we właściwe miejsce i Minister zwisł ochroniarzom przez ręce. Choć ważył swoje, bez widocznego wysiłku zgrabnie upozowali go na spoczywającego intelektualistę w najbliższym leżaku, wsadzili na nos ciemne okulary i zameldowali Prezydentowi wykonanie zadania.

Prezydent niezwłocznie pośpieszył w kierunku głównego pokładu.
-Ziemia!! Ziemia na horyzoncie! – krzyczał podekscytowany i machał ręką w kierunku dziobu okrętu – Pierwszy zobaczyłem!
Wszyscy starali się poderwać jak najszybciej na nogi, choć niewielu poszło to zgodnie z planem, niewątpliwie z powodu silnego kołysania pokładu. Przykładali lornetki do oczu i patrzyli pilnie w kierunku wskazywanym przez Prezydenta. Rzeczywiście, coraz wyraźniej było widać jakiś ląd! Okręt szedł całą naprzód i można było spodziewać się osiągnięcia go przed północą. Ku powszechnemu zadowoleniu nagle wytrzeźwiałych oficjeli można było ujrzeć także ptaki które zwykle nie oddalają się zbytnio w głąb oceanu, świadczące że przynajmniej część zwierząt jakoś przeżyła spowodowany kataklizm.

Późnym wieczorem ląd można było ujrzeć całkiem wyraźnie gołym okiem. W zapadającym zmierzchu nie wyglądał zbyt zachęcająco do lądowania, poszarpane urwiska schodziły prosto do oceanu, którego fale rozbijały się z hukiem o ostre głazy i cofały z sykiem. Skąpa roślinność pokrywała gdzieniegdzie wyżej wzniesiony grunt, lecz nie dało się zauważyć ani jednego drzewa, jedynie tu i ówdzie skromny krzak wyrastał jakby ze wstydem powyżej otaczających traw i porostów. Jak okiem sięgnąć w nadchodzącej ciemności nie było widać żadnego odblasku świadczącego o płonącym ognisku, o jakimkolwiek sztucznym świetle nie wspominając.
Generalicja i politycy w milczeniu spoglądali na zniszczony skrawek lądu po czym powoli kolejno schodzili pod pokład okrętu, nie mając odwagi spojrzeć sobie nawzajem w oczy. Jedynie Prezydent miał dobry humor, przez mózg bowiem przebiegła mu myśl: “Jest już ziemia, jeśli nawet bez ludzi, to odbudujemy naród na mój wzór i podobieństwo!”. Chodził po swoim apartamencie do późnej nocy rozważając różne opcje, po czym nagle nacisnął dzwonek wzywając swoich goryli.

Ochrona Prezydenta zdążyła już conieco wlać w siebie licząc na koniec dnia pracy; poza tym mieli pewne plany na wieczór jako że dwie “lepsze panienki” czekały już nadmuchane w kajutach. Sygnał prezydenta wyrwał ich brutalnie z błogostanu, więc zwlekli się z foteli i tylko z lekka zataczając zameldowali do służby.
-Idziemy do laboratorium – warknął Prezydent lustrując ich wzrokiem i oczywiście zauważając lekką służbową niedyspozycję - Broni nie bierzcie, jeszcze traficie nie w to co trzeba w tym stanie – dodał po krótkim namyśle

Ruszyli korytarzem, obaj goryle co jakiś czas obijali się o ściany lub o siebie, co powodowało u nich napady niekontrolowanego chichotu; Prezydent konsekwentnie udawał że tego nie dostrzega.
Drzwi do laboratorium oczywiście były zamknięte od środka, więc Prezydent kilkukrotnie walnął w nie pięścią.
-Hasło! – usłyszał nieco bełkotliwy okrzyk z wewnątrz
-Jakie hasło, durniu, otwieraj! – Prezydent nie ukrywał złości
-Złe hasło! – odkrzyknął ktoś zza drzwi i wybuchnął śmiechem
Jeden z ochroniarzy wysunął się do przodu, dał z kopa w drzwi i ryknął – Arrrrrr! Ebe-łebe-łebe! Huuuu!
-Może być! – elektryczny zamek szczęknął i drzwi się uchyliły nieco
Prezydent zdecydowanie pchnął odrzwia ręką i wkroczył do środka. Obaj Tremowie i kuzyn Lobus usiłowali na ten widok zerwać się energicznie spoza stołu, co im się częściowo udało; Tremo-syn w ostatniej chwili chwycił przechylającą się butelkę i schował ją za plecami. Prezydent natychmiast zauważył z niesmakiem że wszyscy trzej naukowcy już zdążyli dokonać niejakich odkryć w dziedzinie konsumpcji (zagrycha była mocno naruszona).
-Pan Prezydent! Nasz pan Prezydent drogi zaszedł w nasze skromne progi! – zrymował Tremo-ojciec wylewnie i usiłował potrząsnąc ręką Prezydenta, choć ten konsekwentnie robił uniki
-Czym chata bogata! – kuzyn dowcipnie próbował dotrzymać mu kroku w uprzejmościach, podtrzymując się rogu stołu
-Siadać i słuchać! – warknął Prezydent i wszyscy trzej naukowcy klapnęli posłusznie na krzesła, usiłując spoważnieć
-Czeka nas wielka misja! – zaczął pompatycznie Prezydent - Dzięki waszemu wysiłkowi i pomocą nauki musimy odbudować ludzkość!
-Jak?! Brak nam podstawowego elementu – Tremo-ojciec roześmiał się z wisielczym humorem
- Życzcie sobie czego chcecie! Cały okręt i jego wyposażenie jest do waszej dyspozycji! – nie ustępował Prezydent
- He, he, tylko dwa jajka i kiełbaska nigdy nie dały bobaska! – kuzyn Lobus też się popisał wisielczym poczuciem humoru, na dokładkę do rymu
Wszyscy trzej naukowcy ryknęli śmiechem i zawtórowała im też ochrona
-Pała do pały też nic nie dały! – Tremo-syn nie chciał być gorszy od kuzyna
-Czterojajeczny makaron świetny, ale niestety ciągle bezdzietny! – Tremo-ojciec zawtórował, a wszyscy za wyjątkiem Prezydenta zaczęli skręcać się ze śmiechu
-Tańcowały dwa rude kocury ale zdechły bo nie było dziury! – Lobus miał natchnienie, choć ledwo mógł mówić ze śmiechu
-Ja! Ja! – jeden z goryli też chciał się popisać rymem - Nawet czterdzieści kiełbasek nie poradzi gdy nie ma lasek!!
-Teraz ja! Teraz moja kolej! – zawołał rycząc ze śmiechu drugi ochroniarz - Rozmnażanie kwestionuje bo dokoła same… - tu urwał szybko widząc srogą minę Prezydenta który najwyraźniej gotował się w środku, widząc swój autorytet pikujący gwałtownie w kierunku zera.
-Ma być zrobione, albo wszyscy trzej idziecie rybkom na papu! – Prezydent skinął na swoich goryli i rzucił na odchodne – Życzę powodzenia…
Jak widać, niektórym nawet brak pewnego niezastąpionego czynnika nie wydaje się zbytnią przeszkodą w realizacji swoich planów… a nawet łatwiej przyswajalna zasada “nie da rady, oba samce” to też abstrakcja…
c.d.n.

--
No good deed goes unpunished...