< > wszystkie blogi

Parytet

7 maja 2010
Trójka mężczyzn z zainteresowaniem spoglądała na Sekretarza. Edam Edamski - do niedawna po prostu Adam, ale Edam brzmiało w wymowie bardziej europejsko - wyciągnął zwitek papieru, chrząknął, wysmarkał nos i zaczął:

 

- Panowie, wkrótce wybory do Sejmu. Nasza lista będzie liczyć szesnastu kandydatów. Ponieważ staliśmy się partią cywilizowaną... - spojrzał na Rysia, rozmazującego gluty po stole i westchnął - ponieważ staliśmy się partią europejską, na naszej liście wprowadzimy parytet.

 

- Parytet? - Łysy ze zdumienia oblał się kawą. - A na cholerę nam parytet?

 

- No właśnie, po co? - zapytał Klucha.

 

Rysio nic nie powiedział, jednak mętny wzrok wskazywał, że jego umysł intensywnie pracuje.

 

- Tak ma być i już. Sam Prezes się domaga. - Edamski błysnął okularami dla podkreślenia wagi swoich słów. Niepotrzebnie, na samo brzmienie słowa "prezes" wszyscy pokornie spuścili wzrok.

 

Edamski, nie słysząc sprzeciwów, kontynuował:

 

- A zatem połowa głosów dla kobiet.

 

- Jaja sobie robisz? - nie zdzierżył Klucha.

 

- Przypominam...

 

- Dobra dobra, ja wiem, wola Prezesa. Ale połowa dla bab?

 

- Dajmy im cztery miejsca - powiedział Rysio.

 

- Osz durniu ty, połowa to przecież osiem. Liczyć nie umiesz?

 

- Ja umiem, ale one... hehehe - przebiegle zaśmiał się Rysio. - Moja jak wyliczała dni niepłodne, to się siedmiu dzieci dochowałem.

 

- Bo trzeba było gumki stosować, dzieciorobie. - Łysy popatrzył z góry na kolegę.

 

- Twoi rodzice mogli gumkę zastosować, zabójco nienarodzonych! - oburzył się Rysio.

 

- Taaak? A twoja stara to ma dwóch ojców!

 

- A twoja stara... a twoja stara.. to goni własny ogon! - Rysio już miał się rzucić na Łysego nie bacząc na fakt, że kolega jest dwa razy większy, ale sytuację rozładował Edamski.

 

- Spokój, spokój, panowie... Takie zachowanie nie przystoi wierchuszce naszej partii, prawda?

A zatem osiem głosów dla kobiet - zanotował na kartce. - Jeden musi być dla mniejszości seksualnych.

 

- Pedały? - wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu Łysy.

 

- Homoseksualiści. Jedną les podrzucimy babom, a jeden mężczyzna?

 

- To ja proponuję Wacusia, tego księgowego z Wrocławia. Prezes go lubi. - zauważył zaskoczone spojrzenia kolegów i szybko dodał: - Nie no, tak go lubi, bez podtekstów.

 

- A ja słyszałem, że on żonę ma. Podobno to romantyczka. - zauważył Rysio.

 

- Zgadza się. - Błysnął zębami Edamski. - Roman Tyczka, spec od komputerów. Ślub wzięli w Holandii, bo to u nas to wiecie...

 

- Wiemy. Kogo tam jeszcze mamy dać?

 

- Związkowcy.

 

- A to ja proponuję Krzycha z "Niezawisłości" - wyrzucił z siebie Łysy. - Mocny chłop, butelką z benzyną na pięćdziesiąt metrów policjanta trafia.

 

- A Albercik? Dwie opony od ciągnika dźwignął, a jak nimi jednemu aspirantowi przy...

 

- Dobra, dobra, może być Albercik - warknął Edamski. - Krzycha też wpisz, żeby nie było, że kogoś dyskryminujemy. Tak przy okazji, jakiegoś zielonego mamy?

 

- Kosmitę? - zdziwił się Rysio. - To i E.T. jest parytetem?

 

- Ekologa, głąbie - życzliwie odpowiedział Klucha. - Edek, syn tej cycatej z biura jakieś żabki przenosił przez ulicę. Może by pasował?

 

- Pasowałby, a jakże - odpowiedział Edamski. - Tyle że jak obwodnicę Augustowa robili, stanął przed walcem, rozłożył ręce i powiedział, że choćby miał zginąć w imię obrony ślimaczków, nie zejdzie. No i walec zrobił z niego ślimaczka, świeć panie nad jego duszą.

 

- Ups... - Klucha był lekko zaskoczony. - Trza by cycatą pocieszyć... Znaczy się... - speszył się, obrzucony spojrzeniami kolegów - Ja nie o tym... Ten Grześ, ten wąsaty, krzaczki jakieś hoduje. Może on?

 

- Może być - Edamski zanotował coś w kajeciku.

 

- Ale... - próbował zaprotestować Łysy.

 

- Powiedziałem, może być!

 

- Ale on...

 

- Powiedziałem, może być!! - ryknął Edamski.

 

Łysy zamilkł, bulgocąc pod nosem coś o pieprzonej konkurencji na rynku, ale Edam udawał, że nie słyszy. Zamiast tego postawił ptaszka przy następnym punkcie i spokojnie rzekł:

 

- A teraz afropol. Mamy afropola?

 

Zapadła cisza, wszyscy nerwowo spoglądali po sobie. Nagle Klucha krzyknął:

 

- Maneh Kakalulu! Narzeczony naszej Moniki!

 

- O widzisz, dobrze kombinujesz... Jutro przyjmij go do naszej partii, wydaj legitymację i nalicz składki za trzy lata wstecz. I niech na kurs polskiego się zapisze. Ocućcie Rysia i kontynuujemy.

 

Rysio, zamalowany konkretnie w gębę przez Łysego, powoli dochodził do siebie. Przez chwilę zdawało się, że stracił zdolność wymowy.

 

- Muuuuuuu... muuuu... muu...

 

- Popraw - krótko rzekł Edamski do Łysego. Ten nie wahając się, poprawił lewym prostym. Rysia jakby odetkało.

 

- Murzyna? Do wyborów? Czy was popier...

 

- Afropola, Rysiu, afropola. - przerwał stanowczo Rysiowy wywód Edamski. - Jesteśmy w Europie i musimy pamiętać, że wszyscy ludzie są równi. Judeopole również. Łysy! - krzyknął, bo wzrok Rysia zrobił się dziwnie mętny. Ale poprawiać tym razem nie trzeba było.

 

- Rysiu, od kogo kupiłeś tramwaj, Kolumnę Zygmunta i sto dolarów z Donaldem Tuskiem? - zarechotał Klucha. - Jak mu tam było po ojcu? Samuel Josifowicz?

 

Rysiu spurpurowiał dla odmiany, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Edamski rzekł:

 

- A zatem biznesmen. Pasuje.

 

- Ale złodziej!

 

- Uczciwych było dosyć, by ten kraj rozkraść. Panowie, lista pełna!

 

Rozległy się oklaski. Spontanicznie zaczęli poklepywać się po plecach, kiedy nagle rozległ się okrzyk:

 

- Jezus Maria, Prezes!!!

 

Cisza trwała długo. Po pięciu minutach Edamski jako pierwszy odważył się otworzyć oczy i wstać z klęczek. Rozejrzał się dyskretnie, upewnił, że są sami i rzekł:

 

- Co za dureń krzyknął?

 

- Ale Prezes... - powiedział nieśmiało Rysiu.

 

- Przecież go tu nie ma, durniu! - zdenerwował się Klucha.

 

- No właśnie. Na liście też go nie ma. A jak może być lista bez Prezesa?

 

- O kurwa.. - Każdy pomyślał to, co tylko Łysy zdołał wypowiedzieć.

 

Przez długą chwilę spoglądali to na siebie, to na listę. Ktoś musiał to powiedzieć. Ale nikt się nie mógł odważyć. Edamski, zawsze pewny siebie, tym razem nerwowo zaplatał palce. Łysemu trzęsły się ręce, jak po urodzinach Prezesa. Klucha na przemian to płakał, to modlił się. Aż w końcu nie wytrzymał Rysiu i zadał to pytanie:

 

- To kogo wywalamy?



 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi