Szukaj Pokaż menu

Zatrzymane w kadrze – Ostatnie chwile zbrodniarza z Afryki

59 959  
470   46  
Dzisiejszy odcinek to m.in. podróż do „najbardziej zniszczonego miasta na Ziemi”, przyjrzymy się panom, którzy mocno wspierają panie oraz poznacie kaprala Jackiego.

Co najgłupszego odj***liście jako dzieci?

44 267  
279   84  
Nasi Bojownicy postanowili podzielić się na grupie na Facebooku tym, co najgłupszego odwalili za dzieciaka.

Ludzie wychodzą z automatu, że jedyny język jakim operuję to język żartów - wywiad z Karolem Modzelewskim

20 884  
151   32  
Karol Modzelewki – stand-uper, komik, twórca „Newsów bez wirusa”, nasz kolega od lat i fajny człowiek ogólnie. Znany z miłości do zwierząt oraz jako ten, który wylansował australijską kuokę, która wiecie co robi, jak zaatakuje ją drapieżnik. Wywiad z Karolem przeprowadzili jakiś czas temu Iskier oraz Czarka Pieczarka.

– Szczerze mówiąc, nie zazdroszczę pracy osobie, która musi być cały czas na scenie i dawać od siebie, mówić do ludzi. Super trudne.

– To nie jest cały czas, to jest parę godzin. Podejrzewam, że chyba nikt by nie dał rady udźwignąć tego fizycznie i psychicznie przez cały czas. W moim wypadku to jest tak, że o 17:30 zwykle jest próba. Ta próba jeszcze nie jest jakoś obciążająca psychicznie. Potem jest mniej więcej godzina czekania, aż będzie początek występu. Przede mną jest jeszcze support, więc dojdzie jeszcze kolejne pół godziny. Potem wychodzę ja. Więc powiedzmy od 17:30 do 21:00 żyję w stresie. A najbardziej stresująca jest ta chwila, kiedy wchodzę na scenę.

– Zastanawia mnie, jak w trakcie występu łapiesz kontakt z publiką, czy w trakcie występu nie czujesz, że jesteś sam na scenie, czy może skupiasz się na odgrywaniu swojej roli?
– Staram się, żeby to była dobra impreza i wszyscy się dobrze bawili, co prowadzi do tego, że często sam się śmieję ze swoich żartów. To teoretycznie nie powinno mieć miejsca, bo według niepisanego kodeksu stand-upowego nie wypada śmiać się z własnych żartów. Mam to jednak w dupie. Jak się dobrze bawię, to się dobrze bawię i też się śmieję i tyle. Są też żarty, które w programie mam tylko dla siebie, nikogo nie bawią, bawią tylko mnie, ale nie wyrzucę ich, bo uważam, że są fajne. Tak że ja się bawię świetnie, ludzie, mam nadzieję, też się bawią świetnie i skoro tak jest, to nie ma sensu się zamykać i odtwarzać jakąś rolę, skoro można zanurzyć się w to i cieszyć się chwilą.

– Wspomniałeś o kodeksie stand-upowym. Czy to jest coś oficjalnego, czy ustaliliście to w jakimś gronie osób?
– To są takie zasady, które jakoś się poznaje w trakcie występowania. Pierwszą i najważniejszą zasadą jest to, że pod żadnym pozorem nigdy nikomu nie wolno kraść żartów ani opowiadać nie swoich żartów. Kiedyś była taka policja stand-upowa, Czarek Jurkiewicz i Jacek Stramik, oni znali prawie wszystkie stand-upy i tak naturalnie namierzali, że ktoś kradnie żarty czy też całą stylówę. Osoba dopuszczająca się kradzieży dostawała ostrzeżenie. Jeżeli to ostrzeżenie zostało zignorowane, to wtedy dostawała takiego cichego bana. Dostałeś czerwoną kartkę i po prostu ludzie przestają do ciebie dzwonić, przestają cię zapraszać, zaczynasz być ignorowany i tak dalej.

– Taki społecznościowy ostracyzm.
– No, coś takiego. Taki friendzone, tylko gorszy. Pozostałe zasady są dość niuansowe, ale główna to po prostu nie kraść i w miarę możliwości nie być burakiem i kasztanem.

– O tej pierwszej zasadzie wiedziałem. Dowiedziałem się o niej kilka lat temu, kiedy zostałem poproszony o napisanie stand-upu dla kogoś z polskiej sceny. Wtedy się dowiedziałem, bo było takie „tylko słuchaj, stary, nie mów nikomu, bo wiesz, pewnie będą pokazywać palcami”.
– Aż tak to nie. Jeżeli ktoś komuś coś napisze i to się odbywa zgodnie z prawdą i nie jest to ukrywane, to spoko. Bardziej mi chodzi o to, że wiadomo, nie będziemy rzucać nazwiskami, ale… jest stand-uperka, która wzięła sobie żart Louisa CK, po prostu opowiada go, bo jej pasuje, dlatego że jest bardzo, bardzo niska.

– A czy Ty wszystkie swoje żarty sam piszesz, sam wymyślasz, czy masz też kogoś, kto Ci czasem coś podrzuci?
– Nie, nie mam nikogo. Czasami odbywa się coś takiego jak „burzowanie”, czyli jacyś komicy chcą się spotkać, wspólnie pomyśleć, to wtedy jest „burzowanko”. Ktoś może zajawić, że „mam taki premiks, ale brakuje mi puenty”. I wtedy kilka osób może wspólnie coś takiego opracować.

– Jest tak, że ktoś rzuca temat, np. „Słuchajcie – gruszka. Jedziemy na gruszkę”?
– Nie, to nie jest impro. To nie jest tak, że rzuć mi hasło, a ja napiszę o tym piosenkę. Bardziej na zasadzie, tak jak mi Kamil Kozioł ostatnio opowiadał (mogę chyba powiedzieć, no…) taką historię, że siedział przy barze i dokładnie po przekątnej siedziały dwie dziewczyny i on chciał je zaprosić do siebie. One nie odczytały tego znaku. Przyszedł jakiś inny koleś i zaczął z nim rozmawiać i potem się okazało, że się zakumplowali. Historia sama w sobie jest fajna, ale brakuje puenty, brakuje czegoś takiego mocniejszego. No i przez chwilę kombinowaliśmy, co by tu z tego można było wyciągnąć, ale akurat był jakiś słabszy dzień i skończyło się na tym, że nic nie wymyśliliśmy.

– Heh, doskonała puenta.
– Życie. Tak czasami bywa. To jest tak bolesny proces twórczy, że często jest tak, że masz super fantastyczną historię, jesteś do niej tak przywiązany, że wychodzisz na open mike, a ludzie ci mówią, że jednak nie. I wtedy próbujesz tę historię zmienić, opowiedzieć ją jakoś inaczej i dochodzi do takiego rozdroża, że jedna droga mówi, że musisz to wyrzucić, a druga mówi, że jak jesteś przywiązany, to kombinuj dalej albo ryzykuj. Dlatego, moim zdaniem, mam jeden super fajny żart w tym moim nowym programie „Afryka”. To opowieść o rajdzie przez ten kontynent i mam tam żart, który nie wchodzi nigdy i nigdzie. Zrobiłem więc żart z tego, że ten żart nie wchodzi. I w ten sposób go przemycam.

– Jestem ciekawa, czy testujesz żarty od razu na publiczności, czy siadasz ze znajomymi i patrzysz na reakcję?
– Nie. Może kiedyś, ewentualnie z komikami, bo wtedy nie ma takiego zażenowania, jeśli to nie siada. Bo jeśli to komicy słyszą, to tak jakbyś opowiadał scenariusz innym scenarzystom. Scenarzyści dostrzegają w czymś potencjał albo coś doceniają, albo dostrzegają, że OK, ale nie ma puenty, ale jest fajna konstrukcja i tak dalej. Próbowałem kiedyś coś takiego zrobić i opowiedzieć fragment kilku znajomym. To się źle skończyło. Traumą, dla mnie i dla nich. Tak że nie.

– To co wcześniej mówiłeś o robieniu żartu z tego, że żart nie siada, to zdaje mi się być super trudną sztuką. Próbowaliśmy na Joe Monsterze kilka razy robić takie artykuły, które miały być śmieszne przez to, jak są słabe. Ale to jest bardzo trudno sprzedać.
– To jest ryzykowne. Kiedy mówisz do ludzi na scenie, to masz dużo więcej narzędzi, bo możesz modulować głosem, możesz zagrać coś mimiką, możesz zagrać ciałem. Możesz wprowadzić atmosferę krindżu i absurdu, a jednocześnie podawać coś poważnego i wtedy na zasadzie tego kontrastu to się wszystko spina. A jeśli ktoś tylko i wyłącznie czyta artykuł, to tam jest za mało narzędzi, aby coś takiego stworzyć.

– Używasz bardzo ładnych słów, opisując swoją pracę. Tutaj nasuwa mi się pytanie, czy Ty się kształcisz w jakiś szczególny sposób z występowania scenicznego albo z manipulowania tłumem?
– Nie ma czegoś takiego. W sensie nie słyszałem, żeby była taka szkoła, żeby się czymś takim zajmowała. Są stand-uperzy, którzy prowadzą swoje warsztaty, ale oczywiście nie pójdę do nich, bo to by było dziwne. Wiecie, raczej doświadczenie występów przed kamerą, pracowałem w różnych telewizjach, prowadziłem różne spotkania autorskie. Nagromadziło się mnóstwo doświadczenia, które potem się skumulowało i przełożyło na to, że w stand-upie mam łatwiej, bo mam dosyć duże obycie.

– Ile lat już tak naprawdę występujesz?
– Na scenie czy ze stand-upem?

– I to, i to.
– Pierwszy stand-up zrobiłem dziesięć lat temu, a pierwszy raz na scenie albo przed kamerą wystąpiłem dawno temu, dwadzieścia lat temu. Jak miałem dwadzieścia lat, to poszedłem pierwszy raz na casting do MTV. Dostałem tam pracę, pracowałem przez rok jako prezenter, a wtedy w tej telewizji była jeszcze muzyka, ale tego już pewnie nie pamiętacie.

– Muzykę pamiętamy, ale nie prezenterów. Dlatego Cię nie pamiętamy stamtąd.
– Może i tak. Może to była jedna wielka fikcja. Mówili mi, że występuję, a ja głupi w to wierzyłem.

– Teraz jesteś mężczyzną, jak miałeś dwadzieścia lat, to byłeś jeszcze dzieckiem.
– No nie powiem, żebym był dojrzały. To prawda.

– Czy ludzie w twoim otoczeniu próbują być śmieszni na siłę?
– Tak.

– Strasznie nas to ciekawiło – idziesz sobie gdzieś, a ktoś ciągle rzuca do ciebie żarty, bo przecież „Ty to jesteś ten śmieszek”?
– Tak, to jest męczące.


– A uśmiechasz się do niego?
– Nie. Jestem szczery. Jak ktoś jest zabawny, to się śmieję, jak nie, to nie. Ludzie wychodzą z automatu, że jedyny język jakim operuję to język żartów. I nawet jak piszą do mnie e-maile i podrzucają mi jakieś newsy albo jak piszą do mnie wiadomości, to zamiast napisać je normalnym językiem – nie mówię, że wszyscy – to używają jakichś takich dziwnych słów, które teoretycznie powinny być wyluzowane, trochę zabawne, a wychodzi tak jak… Kojarzycie tego mema, jak ten aktor, nie pamiętam jak on się nazywa, udawał nastolatka i wszedł do szkoły i tam mówi…

– „Hello my fellow kids” czy jakoś tak.
– Tak! To jest tak mniej więcej podobne.

– Czy u Ciebie w rodzinie jest tak, jak siadacie sobie do stołu świątecznego „ha, ha, to jest nasz Karol, to ten śmieszek taki”?
– Nie, oni wiedzą, że praca to praca. To nie jest tak, że cały dzień biegam i krzyczę do pań w sklepie żartami, tylko to jest taka praca i tyle.

– A na co dzień jesteś uśmiechniętym człowiekiem? Takim, który jak wchodzi do sklepu, to panie też się uśmiechają?
– Jak mam dobry dzień, to tak, a jak zły, to nie.

– Czy ludzie rzucają do Ciebie tekstami ze starych odcinków? W sensie, że nie pamiętasz nawet, że to jest Twój tekst z jakiegoś odcinka? A oni próbują puścić oczko do Ciebie, że to jest taki wasz żart?
– Zdarza się i to jest dla mnie bardzo zaskakujące. Zdarza się, że ja czegoś nie pamiętam, a oni pamiętają i to jest wtedy dziwne. Pozytywne oczywiście, bo to jest wszystko fajne, że ci ludzie odbierają mnie tak pozytywnie, odbierają mnie z automatu jako członka rodziny, jako takiego kumpla, którego się dawno nie widziało. A jest to trochę dziwne, bo ta relacja nie jest dwustronna z automatu. Oni mnie uważają za kogoś bliskiego sobie, przy czym ja ich widzę po raz pierwszy i to jest zawsze ciekawe. Kiedy się z nimi spotykam i jest ta serdeczność, która się wylewa, i ta radość, to jest bardzo budujące, ale też dziwne. I tak odpowiadając na pytanie, że tak, zdarza się czasami, że rzucają takimi tekstami, np. „sympatyczna dziewczyna” albo, albo… jest tego dużo.

– Pomówmy o twoim aktualnym programie, o „Afryce”. Skąd się wzięła ta Afryka?
– Za długie pytanie, za długa odpowiedź. To jest pięćdziesiąt minut opowiadania. Od tego jest cały program. Serio. Chciałbym odpowiedzieć, ale to jest gigantyczna opowieść.

– My mamy czas na to, ale nie zapłaciliśmy, więc trzeba kupić bilet i...
– Nie, nie o to chodzi. Ja już nauczyłem się opowiadać o tym przez godzinę i teraz opowiedzieć o tym w minutę to jest niewykonalne. W skrócie: znajomy namówił mnie na to, żebym pojechał z nim w rajdzie przez Afrykę, samochodem, który się do tego zupełnie nie nadawał. Zgodziłem się, bo uważałem, że to jest świetny pomysł. Jestem mało asertywny i byłem też wtedy pijany. Zmieniliśmy też nasz samochód w objazdowe kino – wyświetlaliśmy afrykańskim dzieciom polskie kreskówki. Handlowaliśmy z tamtejszą mafią kokainową, poznaliśmy tamtejszego bossa. Uciekaliśmy wojsku, wiele razy. Dużo się działo.

– Jak zacząłeś o tym mówić, to w ten sam sposób, w jaki zawsze mówisz w odcinkach „Newsów bez wirusa”.
– Bo staram się takie najważniejsze bóle, puenty, zawrzeć w jednym zdaniu, co jest niewykonalne, mniej więcej żeby zarysować kontekst całości, jak to wygląda.

– Ale sam program jest opowieścią globtroterską czy to jest stand-up od początku do końca?
– Jedno i drugie.

– Jedno i drugie?
– Tak. Jedno i drugie połączone razem. Do tego mam sześćdziesiąt zdjęć. Jestem jak ci rodzice, którzy wracają z wakacji z Bułgarii i pokazują zdjęcia – „sześćset zdjęć, oglądaj”. A ja mam sześćdziesiąt zdjęć. W tej chwili, bo pewnie będzie ich jeszcze więcej, bo cały czas ten program jeszcze doszlifowuję. To jest opowieść zgodna w 100% z prawdą, a jednocześnie jest tak niewiarygodna i tak dziwaczna, że nadaje się idealnie na stand-up.

– Mam pytanie od Lasiora z czatu i prosił mnie, bym słowo w słowo je przeczytała – „Czy da się wyżyć z tych kabaretów?”.
– Nie wiem. Jak będę grać w jakimś kabarecie, to wtedy dam znać. Mogę się odnieść, że z tego co słyszałem, to tak. Z kabaretów da się wyżyć, ze stand-upu też. I to całkiem nieźle, jak już się człowiek rozpędzi. Oczywiście na początku nie, najpierw trzeba swoje odrobić, czyli chodzić na open mike’i, masę czasu grać w jakiejś grupie. W końcu dochodzisz do takiego punktu, w którym jeżeli robisz to porządnie, robisz to skutecznie i angażujesz się na 100%, wtedy to staje się twoim normalnym zawodem.

– A jest w polskiej scenie stand-upowej jakiś taki boss, taki gościu, do którego trzeba podejść, uścisnąć mu rękę i on ci mówi „Teraz możesz”?
– Nie, bossa nie ma. Ale wszyscy chcieliby zbić piątkę z Abelardem Gizą, żeby im powiedział „Ooo, dobry program”.

– Czyli jest ten wyznacznik? On jest „tatusiem” stand-upu?
– Wiesz co, ciężko to określić. Na pewno jest dla młodych komików autorytetem, jest też jakimś punktem odniesienia, bo on wyznacza kolejne poziomy stand-upu w Polsce. Jego programy są coraz dojrzalsze i przeskakują na coraz to nowe tematy. Autorytet, tak, to jest najlepsze określenie.

– A jak widzisz swoją dalszą drogę, chcesz iść dalej i trochę zmieniać formę?
– Wiesz co, wydaje mi się, że ten stand-up, który teraz robię, czyli te slajdy, to już jest zmieniona forma, bo czegoś takiego jeszcze nie było. Antek Syrek-Dąbrowski zabierał kiedyś na swój występ ze sobą dwa czy trzy zdjęcia, które pokazywał publice, natomiast u mnie to jest od początku do końca oparte na zdjęciach. Jest ich cała masa. Na nagraniu mojego programu, które wrzucę na koniec na YouTube, dołączę oryginalne nagrania filmowe.


– Skoro poruszyłeś temat tego, że w „Afryce” wszystko jest prawdziwe, to my się zastanawialiśmy wcześniej nad tym, gdzie tak naprawdę zaczyna się proces twórczy. Czy jest tak, że Ty na coś patrzysz, gdzieś jesteś w takiej sytuacji tak jak np. teraz, że jesteśmy na Zoomie, rozmawiasz tutaj z nami, dzieje się coś głupiego i potem dalej ciągniesz tę historię, powiedzmy, w zmyślony sposób. Tak jest?
– Ja nie zmyślam. Ja mam ten problem, że nie potrafię wymyślać. Inaczej: nie potrafię mówić czegoś, co nie miało miejsca, jednocześnie udając, że miało to miejsce. Co jest trochę utrudnieniem, bo wiem, że masę historii mógłbym udziwnić albo dopisać wiele innych zakończeń, to byłoby pewnie ciekawe. Ale w tym wypadku nie. Od początku do końca wszystko jest prawdziwe. A sam proces twórczy wyglądał tak, że historie, które się wydarzyły, były tak dziwne i zabawne, że wystarczy je opowiedzieć. Na przykład byliśmy w Senegalu i w tym rajdzie jechały dwa rodzaje ekip. Jedne to były samochody, w których normalnie jeździ się do pracy, a drugie terenowe – tacy pojebani ludzie, którzy chcieli pokazać, że są jak Indiana Jones. Normalnie siedzi w korporacji na słuchawce, ale jest Indianą Jonesem i on się wykaże. Na Senegal miałem przygotować nawigację. Odpaliłem nawigację, którą ściągnąłem z torrentów, i okazało się, że ściągnąłem tylko same kontury Senegalu, nic w środku. I nie powiedziałem tego Andrzejowi. Pomyślałem, że pojedziemy za najbliższym samochodem, który będzie jechał przed nami i w ten sposób dojedziemy do mety odcinka. No i pojechaliśmy za takim wariatem, który zamiast jechać asfaltem, wjechał w sam środek senegalskiego buszu, a my nie mieliśmy nawigacji, CB radia, telefonu, jakiegokolwiek GPS-a, nie mieliśmy jakiegokolwiek kontaktu ze światem i utknęliśmy w tym buszu. W momencie kiedy nie wiedzieliśmy jak się z stamtąd wydostać, dojechaliśmy na polanę, gdzie był wielbłąd i osioł. Powiedziałem Andrzejowi, że to będzie nasz punkt orientacyjny i jak będziemy jeździć dalej i dojedziemy do polany, gdzie będzie wielbłąd i osioł, to znaczy, że robimy kółko, i się odkręcimy jakoś. Po dziesięciu minutach dojechaliśmy na polanę i tam był osioł. Nie wiedzieliśmy, czy to jest inny osioł, czy może wielbłąd sobie poszedł, więc system przestał działać. I wtedy, jak Boga kocham, pojawił się facet w długiej, szarej szacie. W środku buszu, w środku nocy. Który szedł z osłem. Osioł ciągnął wózek, na którym siedziały stare baby i chichotały. Ja nie wiedziałem co się dzieje i dlaczego oni tam są, a on poprosił nas o jakieś podarki. Daliśmy mu kilka koszulek i wskazał nam jakiś kierunek. Pojechaliśmy tam, gdzie pokazał i okazało się, że wjechaliśmy pomiędzy drzewa i wyjechaliśmy na drogę. Jedziemy tą drogą i jesteśmy pewni, że jesteśmy uratowani. Nagle droga się skończyła, wjechaliśmy w wyschnięte koryto jeziora, zakopaliśmy się dwiema osiami. Ja wysiadam, próbuję nas wykopać saperką. Odpaliliśmy halogeny, które rozładowują nam akumulatory. Nie mamy nawigacji, nie mamy żadnego kontaktu ze światem, żadnego wsparcia technicznego. I wtedy pojawia się facet w długiej, szarej szacie, jak Gandalf piątego dnia. Ja na widok osła się wzruszyłem, a te kobiety nie kryły, że miały z nas bekę. Bo co się okazało? Okazało się, że oni przez całą noc jeździli za nami po tym buszu i śmiali się z tego, że my nie możemy wyjechać z ich lasu. Dostali od nas masę koszulek i pokazali nam, jak dojechać na metę odcinka. No i dojechaliśmy na metę odcinka o piątej nad ranem. O siódmej zaczęli przyjeżdżać ci, którzy nas mijali na początku, ci terenowi, szaleni, i tak patrzą „Jakim cudem wy dojechaliście przed nami?”. Ja wtedy zgodnie z prawdą odpowiedziałem: „Intuicja, stary, intuicja”. Za wielbłądem w lewo. I to jest wszystko jeden do jednego prawdziwa historia. Taka historia sama z siebie już się obroni, a ja nie umiałbym dodać tam niczego od siebie.

– No jasne. Ale czy to jest też tak, że trzeba mieć specyficzny sposób patrzenia na świat, żeby widzieć w takich historiach coś wesołego?
– Ja wtedy nie widziałem tam nic wesołego. Zesrałem się pod siebie, że nie wyjdziemy stamtąd żywi. Dopiero po jakimś czasie byłem w stanie spojrzeć na to i zobaczyć coś wesołego. Wcześniej nie.

– Może tak przepracowujesz traumę swoją?
– Może tak.

– Chcieliśmy jeszcze zapytać o „Newsy bez wirusa”. Czy jak dostajesz od kogoś newsa, to tak po prostu siadasz i masz w głowie od razu wszystko co powiesz, czy siadasz i kminisz, piszesz teksty, raczej rozpracowujesz to sobie?
– To są dwie opcje. Czasami jest tak, że dostaję, czytam i od razu rodzi mi się w głowie pomysł, jak to można uszyć, jak to podać i jaka może być puenta. A czasami jest tak, że dostaję jakiegoś bardzo fajnego newsa, który ewidentnie powinien być pokazany, bo albo jest istotny, albo pasuje do odcinka, albo jest naprawdę intrygujący, i nie jestem w stanie wymyślić do niego puenty. Wtedy mogę siedzieć dwa, trzy dni nad czymś takim, cały czas szukać, cały czas dłubać. Rodzi się frustracja, ale w końcu coś tam zawsze mi wpadnie. A jeżeli nie znajduję puenty, to wychodzę z założenia, że coś jest na tyle ważne, że samo się obroni, nie wszystko musi być zabawne.

Dziękujemy.

* * * *

Tutaj na bieżąco jest aktualizowana lista miast, w których będzie można jeszcze zobaczyć jedne z ostatnich pokazów Afryki. A Czech pod prysznicem wymiata po całości.


151
Udostępnij na Facebooku
Następny
Przejdź do artykułu Co najgłupszego odj***liście jako dzieci?
Podobne artykuły
Przejdź do artykułu 9 potwornickich ciekawostek o serii The Simpsons!
Przejdź do artykułu Po to pracujemy na zwłokach, żeby uniknąć błędów na sali operacyjnej
Przejdź do artykułu Nietypowy list do Straży Miejskiej
Przejdź do artykułu „Szkic ma moc!” – czyli dlaczego warto zainteresować się bazgrołami na kartce
Przejdź do artykułu Po obejrzeniu tych zdjęć uświadomicie sobie, jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich 100 lat
Przejdź do artykułu Rekonstruktor zmarłych - czyli jak wygląda praca balsamisty
Przejdź do artykułu ​Tak wygląda Mario bez czapki, teraz widziałeś już wszystko – Demotywatory
Przejdź do artykułu Memy, które przyniosą ci odrobinę uśmiechu
Przejdź do artykułu Chamówa polskich kierowców, ultramaratony, czyli życie na rowerze według listonosza-rowerzysty

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą