Szukaj Pokaż menu

"Campden Wonder", czyli tajemnicza sprawa Williama Harrisona

72 803  
275   14  
16 sierpnia 1660 roku w Chipping Campden w Gloucestershire zaginął 70-letni mężczyzna. William Harrison udał się piechotą z Campden do sąsiedniej wsi, Charingworth, by zebrać opłaty czynszowe. Kiedy pani Harrison nie doczekała się powrotu męża na czas kolacji, wysłała na poszukiwania służącego - Johna Perry'ego, a o świcie również syna - Edwarda Harrisona.

Kliknij i zobacz więcej!

Fajne artykuły z grudnia 2020

Realizując te dzieła, filmowcy musieli złamać prawo!

84 743  
260   16  
Wielkie ambicje, mały budżet – połączenie tych dwóch czynników sprawia, że filmowcy zmuszeni są do kombinowania. Zazwyczaj jest to równoznaczne z łamaniem prawa. Chociaż powodów do niekoniecznie legalnych posunięć bywa też niekiedy o wiele więcej. Grunt, że efekt końcowy zwala z nóg!

Terminator – partyzancka zabawa z policją

Pierwszy „Terminator” robił kolosalne wrażenie, mimo że był to film niskobudżetowy. Nieco ponad 6 milionów dolarów na produkcję sci-fi o wojnie z maszynami, podróżach w czasie i austriackim cyborgu pokrytym ludzką skórą? To doprawdy śmieszna kwota. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że nakręcona parę lat później, druga część miała budżet prawie 16 razy większy, a sam Arnie zgarnął wtedy za swoją rolę 15 milionów dolców!



Pracę nad „Teminatorem”, w wielu wywiadach, James Cameron określa mianem twórczości „partyzanckiej”. Aby oszczędzić na malutkim budżecie, na wykorzystanie większości lokacji filmowcy nie mieli pozwolenia. Nawet się o nie nie starali. Cała ekipa zajeżdżała na miejsce, szybko kręciła scenę i zawijała manatki, zanim jakiś patrol zainteresował się podejrzanym zamieszaniem na ulicy. To też wyjaśnia dlaczego większość ujęć kręconych było w nocy.
Reżyser oszczędził też trochę kasy na statystach – wiele osób, które widzimy na drugim planie to przypadkowi przechodnie.



Taka samowolka musiała w końcu znaleźć swój kres. Podczas rejestrowania zamykającej produkcję sceny z główną bohaterką jadącą samochodem w towarzystwie swojego psa, stróże prawa zjawili się na zaimprowizowanym planie i kazali natychmiast przerwać zdjęcia. Sytuację uratował nastoletni syn jednego z członków ekipy, który wcisnął policjantom kit. Mundurowi uwierzyli, że chłopak z pomocą znajomych realizuje studencki film na zaliczenie jakiegoś przedmiotu w szkole. Panowie ostatecznie dali się udobruchać i pozwolili dokończyć zdjęcia.

Arka Noego – dla lepszego efektu zabijmy kilku statystów

Michael Curtiz to reżyser najbardziej znany z nakręcenia „Casablanki”. Zanim jednak stanął za kamerą tego filmu, w 1928 roku spłodził epickie, biblijne dzieło pt. „Arka Noego”. Curtiz pragnął, aby produkcja miała bijący po oczach rozmach, który wciśnie widzów głęboko w kinowe siedzenia. Najbardziej oczywiście zależało mu na wiarygodnym przedstawieniu sceny samego potopu.



Pierwotnie, woda miała zalać miniaturowy model planu filmowego, jednak reżyser uznał, że efekt takiego zabiegu nie spełni jego oczekiwań i pozbawionej żywych aktorów scenie zabraknie dramaturgii. Curtiz uparł się więc, aby wpompować 50 tysięcy ton wody na prawdziwy plan pełen ludzi. I faktycznie – trzeba przyznać, że takiego potopu kino jeszcze nie widziało! Wiele osób odniosło poważne obrażenia, jednemu ze statystów trzeba było amputować nogę, a trzech po prostu się utopiło.



Mimo ewidentnego, lekkomyślnego świństwa, którego dopuścił się reżyser, ani policja, ani związek zawodowy amerykańskich aktorów nie drążyli tematu. Curtizowi się upiekło.

Swobodny jeździec – co zrobić, aby filmowe przyjmowanie narkotyków wyglądało realistycznie?

Bohaterowie jeżdżą na motocyklach, rozmawiają, wdają się w bójki i biorą spore ilości dragów. Nie jest żadną tajemnicą, że większość używek, które widzimy w filmie to nie żadne tam rekwizyty, tylko autentyczne narkotyki. Sam Jack Nicholson w trakcie siedmiu tygodni zdjęć, wypalał na planie trzy grube jointy dziennie, a Peter Fonda szczerze opowiadał o tym, że w trakcie realizacji „Easy Ridera” większość ekipy albo była zjarana, albo usiłowała ogarnąć swoją robotę będąc pod wpływem LSD. Warto zaznaczyć, że w latach 60. za samo posiadanie marihuany można było trafić do pierdla na sześć lat!



Ostatni dom po lewej – jeśli natychmiast nie zaczniesz się bać to cię zabiję!

Ten film to klasyczne kino grozy, które do dziś ma sporą rzeszę oddanych fanów. Wielu aktorów grających w tym niskobudżetowym dziele Wesa Cravena, było amatorami bez większego doświadczenia w aktorskim rzemiośle. Aby bohaterowie produkcji przekonująco odegrali przed kamerą przerażenie, trzeba było sięgnąć po dość radykalne metody.

Marc Sheffler – wcielający się w postać jednego z antagonistów, był tak mocno zirytowany drewnianym aktorstwem swojej koleżanki z planu, że w przerwie pomiędzy kolejnymi podejściami do zarejestrowania jednej ze scen, usiłował zepchnąć dziewczynę z wysokiego klifu. Trzymając ją nad przepaścią wykrzyczał jej twarz: „Jeśli natychmiast nie zagrasz dobrze tej jebanej sceny, to przysięgam – zrzucę cię!”. Zmotywowana aktorka poradziła sobie z tą sceną momentalnie.



Dziś, za takie zachowanie, Marc z miejsca zostałby zakuty w kajdanki i postawiony przed sądem z bardzo konkretnym oskarżeniem. W USA za realne groźby uszkodzenia ciała lub śmierci idzie się do pierdla nawet i na 10 lat.

Blues Brothers – budżet powiększony o kasę na koks dla głównej gwiazdy

Film o dwóch białych bluesmanach wysłanych na boską misję ratowania ubogiego sierocińca przed zamknięciem, to prawdziwa uczta dla każdego szanującego się kinomana. Czego tu nie ma? Pościgi samochodowe, szorstki humor, genialna muzyka i cały zastęp największych gwiazd bluesa!

Tymczasem na planie „Blues Brothers” obecna była jeszcze jedna gwiazda. Kokaina. Od jej zażywania uzależniony był wówczas John Belushi. Aktor przez cały okres zdjęć chodził „nawciągany” do nieprzytomności. Plotkę tę potwierdził sam John Landis – reżyser filmu. Wpadł on kiedyś z wizytą do przyczepy Johna i zastał tam hurtowe ilości opakowań z koksem.



Tymczasem druga gwiazda tej produkcji – Dan Aykroyd twierdzi, że nie tylko jego kumpel był na ciągłym, kokainowym rauszu, ale i większość filmowej ekipy raczyła się białym proszkiem. Zapotrzebowanie na kokainę było według niego tak duże, że kasa na narkotyk miała nawet swoje miejsce w rozpisce wydatków z przeznaczonego na film budżetu!

„Sweet Sweetback's Baadasssss Song” - pedofilia na żądanie taty

Słyszeliście kiedyś o zjawisku zwanym „blaxploitation”? Takim mianem określano kręcone w latach 70. filmy skoncentrowane na kulturze afroamerykańskiej. Jednym z bardziej znanych dzieł tamtego okresu jest „Sweet Sweetback's Baadasssss Song” - produkcja powstała dzięki 50 tysiącom dolarów wyłożonych na ten projekt przez samego Billa Cosby’ego.

Za scenariusz i reżyserię tego dziełka odpowiada Melvin Van Peebles, który zagrał też główną rolę. Miał przy tym sporo zabawy, bo zgodnie z wolą reżysera i scenarzysty własną wolą, musiał odbywać przed kamerą całkiem prawdziwe stosunki seksualne… Skończyło się to dla niego rzeżączką. Van Pleebs poleciał wówczas na skargę do gildii reżyserów i zażądał odszkodowania za „uraz”, którego nabawił w pracy. Kasę dostał! Wydał ją potem na zakup kolejnych rolek filmu.



Melvin nie miał pieniędzy na zatrudnienie profesjonalnej obsady, więc niektóre role grali członkowie jego rodziny i znajomi. Na przykład jego syn – Mario, który wcielił się w postać sieroty, która traci dziewictwo z prostytutką. Scena seksu pomiędzy chłopcem a grubą kurtyzaną jest wyjątkowo realistyczna. W momencie realizowania filmu, Mario miał zaledwie 14 lat! Z jakiegoś powodu „ojciec roku” nie odpowiedział przed sądem za swój występek.

„This is not a film” - produkcja nakręcona telefonem komórkowym, przeszmuglowana w cieście

Jafar Panahi to irański reżyser, który regularnie wkurwiał reżimowych polityków swoimi filmami. Twórca ten odważał się ostro krytykować władze swojej ojczyzny. Kiedy groźby i symboliczne kary nie wystarczyły, Panahi skazany został na sześć lat pobytu w kiciu. Wyrok, po wstawiennictwie filmowców z całego świata, ostatecznie zamieniono na areszt domowy i wieloletni zakaz realizowania jakichkolwiek nagrań audiowizualnych.



Siedząc w swoim „więzieniu” Jafar za pomocą telefonu komórkowego i amatorskiej kamery nakręcił nową "produkcję". Materiał nagrał na pendrive’a. Nośnik ten został wyniesiony z mieszkania reżysera w… cieście, a następnie wywieziony z Iranu wprost do Cannes. Tam film spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem widowni. Zarejestrowane w ciągu kilku dni nagranie, w którym reżyser rozmawia ze znajomymi przez telefon, opowiada o swej twórczości i ogląda w telewizji programy rozrywkowe, prawie trafiło na listę filmów krótkometrażowych nominowanych do Oscara w 2012 roku.



Źródła: 1, 2, 3
260
Udostępnij na Facebooku
Następny
Przejdź do artykułu Fajne artykuły z grudnia 2020
Podobne artykuły
Przejdź do artykułu Mały domek z wielkim sekretem
Przejdź do artykułu Najważniejsze życiowe lekcje, których nauczył nas serial Breaking Bad
Przejdź do artykułu 10 zapierających dech w piersiach cudów natury
Przejdź do artykułu Nieznane zdjęcia z planu "Czterech pancernych"
Przejdź do artykułu Jeremiah Peterson - 39-letni koleś, który w ciagu 6 mięsięcy dokonał niemożliwego
Przejdź do artykułu Filmowe sceny, których nakręcenie zajęło reżyserom wieczność
Przejdź do artykułu Najdziwniejsze rzeczy wypowiedziane podczas snu
Przejdź do artykułu Największe obciachy ostatnich dni - Szokująca grafika na profilu Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej
Przejdź do artykułu Najbardziej rewolucyjne momenty w historii filmów animowanych

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą